|

Góry były blisko, lecz wysokie szczyty Trójroga ledwie majaczyły na pociemniałym niebie. O parę mil dalej, po drugiej stronie Doliny Zachodniej Bruzdy, leżała jakby zielona, rozległa zatoka, a z niej w głąb gór prowadził wąwóz. Ludzie nazwali go Helmowym Jarem, od imienia Helma, bohatera dawnych wojen, który to miejsce obrał sobie ongi na kryjówkę. Jar zwężał się i coraz bardziej stromo wspinał w górę, biegnąc od północy w cieniu Trójroga aż pod urwiste skały, które sterczały nad nim z obu stron jak potężne baszty, odcinając go od światła dziennego zupełnie.
W Helmowych Wrotach, u wejścia do Jaru, północna skała wysuwała naprzód jakby ostrogę, na niej zaś wznosiły się wysokie mury z prastarego kamienia, a w ich obrębie stała strzelista wieża. Ludzie mówili, że w zamierzchłych latach świetności Gondoru królowie morza zbudowali tę warownię rękoma olbrzymów. Nazywano ją Rogatym Grodem, a kiedy trąby grały na wieży, echo odbijało głos w Jarze i zdawało się, że to zastępy dawno zapomnianych rycerzy wyruszają z podgórskich pieczar na wojnę.
Nie było na niebie ani gwiazd, ani księżyca, kiedy dojechali do przerwy w wałach, przez którą spływał z góry potok, a jego brzegiem biegła droga z Rogatego Grodu. Szaniec zamajaczył przed jeźdźcami znienacka niby olbrzymi cień nad czarną czeluścią.
Mur miał dwadzieścia stóp wysokości, a tak był szeroki, że czterech wojowników mogło w szeregu zmieścić się na jego szczycie, osłoniętym parapetem, zza którego najroślejszym nawet mężom głowa tylko wystawała. Tu i ówdzie między kamieniami ziały wąskie szpary strzelnicze. Z zewnętrznego dziedzińca Rogatego Grodu, a także z tyłu, z Jaru, prowadziły tutaj schody, lecz od czoła mur był całkiem gładki, a ogromne kamienie ułożone tak, że nigdzie w spojeniach nie dawały oparcia stopom, u szczytu zaś tworzyły przewieszkę nad zawrotną przepaścią.
Gdzie przedtem zieleniła się dolina, trawiastymi zboczami wspinając się ku podnóżom gór, teraz czerniał las. Ogromne drzew, nagie i milczące, splątane gąszczem gałęzi, stały w niezliczonych szeregach i wznosiły sędziwe korony. Ich kręte korzenie kryły się w bujnej trawie. Pod nimi panował mrok. Szaniec od tego bezimiennego lasu dzieliło niecałe pół mili otwartego pola.
|








 |
    |
|
|
|